To, co widzieliśmy, było prawdziwe
Bp Tadeusz Pieronek
Przez pięć miesięcy przewodniczyłem Trybunałowi Rogatoryjnemu w procesie Jana Pawła II. Czułem się tym nieco zmiażdżony: na ogół uważa się, że sędzia jest wyższy od tego, kogo sądzi, a w tym przypadku to oczywista nieprawda.
Sędzia Trybunału Rogatoryjnego jest właściwie audytorem, czyli - przesłuchuje. Gdybyśmy chcieli stać na stanowisku, że przy beatyfikacjach i kanonizacjach potrzeba sędziego godniejszego niż kandydat na ołtarze, moglibyśmy szukać takich ze świeczką. Należy więc z pokorą przyjmować urzędy, mimo że nas przerastają, i starać się sumiennie wykonać wyznaczone zadania.
Padre Santo
Dobrze znałem Karola Wojtyłę - biskupa, arcybiskupa, kardynała, papieża. Nieraz pytano mnie, czy nie odczuwam wewnętrznego dysonansu podczas badania świadectwa świętości człowieka tak mi bliskiego. Raczej nie, poznałem już przecież wielu świętych: o. Pio, Matkę Teresę z Kalkuty, bp. Jana Pietraszkę (wiem, że ten ostatni jeszcze nie trafił na ołtarze, ale dla mnie jest święty). Do Jana Pawła II, chociaż nie ogłoszono go jeszcze błogosławionym, modlę się o wstawiennictwo i muszę przyznać, że nie zawodzi. Byłem też jednym z sędziów trybunału diecezjalnego w procesie beatyfikacyjnym brata Alberta. Z kolei jako świadek występowałem w procesie bp. Pietraszki.
Może zastanawiać, że jedne procesy się ślimaczą (tak było np. z królową Jadwigą, kanonizowaną sześć wieków po śmierci), a inne, choćby Jana Pawła II, idą w tempie ekspresowym. Widać są tacy, którzy biegną w lepszym tempie i wyprzedzają pozostałych... To prawda, że skrócono okres oczekiwania na rozpoczęcie procesu: według przepisów, procedury mogą ruszyć dopiero pięć lat po śmierci kandydata na ołtarze, jednak Benedykt XVI odpowiedział na pragnienie wiernych, jakie wyrazili w okrzykach i na transparentach podczas pogrzebu papieskiego. I nie chodzi tylko o znane "santo subito", czyli "święty natychmiast". Pojawiały się też słowa "Padre Santo", a nie - jak zwykło się zwracać do papieży - "Santo Padre".
Zapewniam jednak, że procesu Jana Pawła II nikt odgórnie nie popycha. Gdy 4 listopada 2005 r. spotkaliśmy się na posiłku po uroczystości rozpoczęcia prac Trybunału, abp Stanisław Dziwisz powiedział: "Mam nadzieję, że zdążycie do końca marca". I tyle, nikt nie narzucał nam terminów ani nie sugerował wyników procesu. Proces beatyfikacyjny jest dobrze naoliwionym mechanizmem - nie ma tu miejsca na kuluarowe szepty. Trudno uwierzyć, ale z postulatorem ks. Sławomirem Oderem rozmawiałem o procesie dwa razy! Może tempo naszej pracy nadała mroźna i przeciągająca się zima? No bo co można robić w zimie? Tylko pracować.
Świadkowie i schemat
Nie mogę ujawnić, ilu i jakich świadków przesłuchaliśmy, jakie padały pytania i odpowiedzi. Na ile to możliwe, postaram się jednak uchylić rąbka tajemnicy.
Wśród świadków przeprowadzono ostrą selekcję. Tym bardziej, że niektórzy sami zgłaszali się z chęcią wystąpienia w takiej roli. Niejeden człowiek, który coś przeżył czy rozmawiał kilka razy z Papieżem, uważał, że może wnieść do procesu beatyfikacyjnego istotne świadectwo. Tyle że w tym przypadku mieliśmy do czynienia ze świadectwem czyichś przeżyć, a nie z faktami dotyczącymi życia zmarłego Papieża. Liczbę świadków ograniczyliśmy, by nie tworzyć monografii na kilkanaście tomów, a sam proces beatyfikacyjny staraliśmy się przygotowywać jak pracę magisterską: wybrać konkretny temat, wyznaczyć pole zainteresowań i przekonująco uzasadnić albo obalić tezę.
Pierwszą listę świadków otrzymaliśmy z Rzymu, ale skorzystaliśmy z prawa wezwania kilku nowych. Nie zdarzyło się, by wezwany odmówił udziału w procesie. Wierzący przysięgali na Ewangelię, niewierzący powoływali się na sumienie. Przysięga jest istotna, chociażby dlatego, że pytaliśmy świadków nie tylko o zalety, ale i o wady Karola Wojtyły; wręcz mieli oni obowiązek mówić o tym, co się im w kandydacie na ołtarze nie podobało. Dziwiłem się medialnym burzom wokół powoływania na świadków osób dalekich od Kościoła czy niewierzących. Prawo kościelne nie stawia w tym przypadku żadnych ograniczeń, a świadek powinien zdać sprawę z własnego doświadczenia, kontaktu z kandydatem na ołtarze, nie zaś z wiary. Proces beatyfikacyjny powinien być, na ile to możliwe, obiektywny i oświetlający życie zmarłego z różnych punktów widzenia (przypomnę, że w procesie kanonizacyjnym Marii Goretti uczestniczył jej morderca).
Tygodnik Powszechny, 27.03.2006
Proces beatyfikacji i kanonizacji Jana Pawła II